Monday, September 22, 2014

Doniesienia z pracy w terenie

Po krótkiej przerwie powracam z moim blogiem, może teraz nieco bardziej regularnie? Zobaczymy.
Dzisiaj trochę więcej o moim doktoracie.

Jestem w Australii już 5 miesięcy i wielkimi krokami zbliża się moje confirmation of candidature. Do tego czasu muszę przygotować wstępny plan moich kolejnych lat na uczelni - plan badań, ogólny kosztorys etc. Niestety, im więcej ad tym myślę i czytam, tym mniej mam pojęcia jak to ugryźć. Ale zostało mi jeszcze kilka tygodni, więc bez paniki.

Tymczasem celem oczyszczenia umysłu jeżdzę ile się da w teren pomagać innym ludziom w ich badaniach. Ostatnio razem z Fran rozstawialiśmy siatkę fotopułapek na dwóch różnych powierzchniach. W obu przypadkach jest tam prowadzony stały monitoring na drogach, który doskonale sprawdza się w przypadku psów i nieźle również w przypadku kotów, lisów i niełazów. A poza tym są łatwe w obsłudze, co ma znaczenie kiedy trzeba wymienić baterie i karty pamięci w 80 fotopułapkach na każdej powierzchni.

Las eukaliptusowy - w takim krajobrazie będę prowadził większość moich badań.

Na powerzchniach gdzie dostęp mają ludzie, kamery są zabezpieczone w specjanych, zamykanych na kłódkę i wmurowanych w ziemię obudowach. Na wybrzeżu w jednym parku skradziono kilka kamer przecinając obudowę... szlifierką kątową.
Jedyną wadą tych zabezpeczeń jest to, że szczególnie upodobały je sobie pająki



W przypadku tego konkretnego eksperymentu chcemy sprawdzić, czy przez ich umiejscowienie zebrane wyniki są miarodajne. Fran podejrzewa, że koty (a przynajmniej pewna część populacji - np. młode osobniki) mogą unikać otwartych przestrzeni i dróg. Jest tylko jeden sposób żeby to zweryfikować, więc ruszyliśmy w busz uzbrojeni w stalowe słupki (kiedyś powienien o tym napisać, bo to bardzo australijska rzecz!), specjalne 10 kg narzędzie do ich wbijania, kamery i dużo zapału, który zresztą szybko zaczął się wyczerpywać.

Kamery są ustawiane w pobliżu ścieżek żeby uchwycić jak najwięcej zwierząt.
Dodatkowo po 4 tygodnia pasywnego monitoringu przed kamerami rozmieszczane są pojemniki z watą nasączoną olejem z tuńczyka żeby zainteresować drapieżniki. W szczególności chodzi o to, żeby przechodzące koty zatrzymały sie w środku kadru, co pozwoli zrobić zdjęcie umożliwiające później identyfikację konkretnych osobników na podstawie umaszczenia.
Na koniec jeszcze zgrywanie danych ze stacji pogodowej - temperatury, opadów i wilgotności powietrza...

...oraz prototypowego loggera mierzącego ilość światła docierającego na dno lasu w nocy, który pozwoli nam lepiej rozumieć jak światło wpływa na zachowanie drapieżników i ich ofiar

A tutaj kończy się szlak!

Jedna z powierzchni znajduje się w parku narodowym Oxley Wild Rivers. Większość Australii nie wygląda tak, jak na powyższych zdjęciach. Na skutek tysiącletnich działan Aborygenów, a później europejskich kolonizatorów, większość kraju zmieniła się otwarte pastwiska z rozrzuconymi pojedynczymi drzewami lub niewielkimi szpalerami wzdłuż potoków. Wpływ na to miały pożary, które Aborygeni wykorzystywali w polowaniach, wytrzebienie wilka workowatego (tygrysa tasmańskiego), budowa niewielkich stawów do pojenia bydła i owiec, co w efekcie spowodowało wzrost liczby roślinożerców i utrudniło odnawianie się drzew. Największy jednak wpływ miało wycinanie drzew przez białych Australijczyków - na drewno i dla uzyskania pastwisk.
Obecnie obowiązują przepisy zabraniające wycinania rodzimej roślinności, nawet na prywatnej ziemi. Budzą one niezadowolenie na prawej stronie sceny politycznej, a australijska Shooters and Fishers Party (to taki miejscowy odpowiednik amerykańskich oszołomów z National Rifle Association) właśnie próbuje uchwalić dziesięciokrotne obniżenie maksymalnych kar - obecnie to ponad 1 mln dolarów. Pomimo obowiązujących regulacji nie brakuje farmerów którzy nie chcą się do nich stosować. Jakieś 2 miesiące temu głośna była sprawa farmera, który nielegalnie wykarczował kilka tysięcy drzew na swojej ziemi. W trakcie interwencji 2 urzędników kazał im się wynosić z jego posiadłości, a kiedy szli do samochodu zaczął do nich strzelać. Jeden z nich, trafiony w plecy, zginął na miejscu, drugiemu udało się uciec. To wyjątkowo smutne, że ludzie, których życie zależy od sił przyrody i którzy mogą stracić cały dobytek w wyniku suszy są na tyle bezmyślni i nie dociera do nich, że to właśnie takie działania powodują niekorzystne zmiany klimatu w różnych skalach.
W każdym razie parki narodowe i rezerwaty oparły się wylesianiu, a nawet są sukcesywnie powiększane o nowe tereny, odkupione od właścicieli. Na jednej z takich powierzchni pracujemy, a ślady dawnej działalności człowieka są wszechobecne - od licznych starych ogrodzeń do dawnego domu, który teraz jest naszą bazą noclegową.

Pamiątki po poprzednich właścicielach tego kawałka ziemi


Nasza chatka - obecnie niestety w remoncie, ale na tarasie stoi już nowy barbecue! 
A przed chatką urocza walabia Benneta (Macropus rufogriseus)

I najlepsza nagroda za dzień ciężkiej pracy - bezchmurne, rozgwieżdżone niebo nad australijskim buszem.

Friday, July 4, 2014

4 z 5 najbardziej jadowitych węży na świecie żyje w Australii

To jedna z rzeczy, których dowiedziałem się na kursie pierwszej pomocy. Na pocieszenie z kolei dowiedziałem się, że od wynalezienia w latach 70-tych procedury stosowanej w przypadku ukąszenia przez węża/pająka/skorpiona, nazywającej się Pressure Immobilistation Technique, nikt nie umarł. To znaczy nikt, u kogo zastosowano tę technikę i podano na czas antytoksynę. W dodatku bardzo często ukąszenie najczeście spotykanego tutaj Eastern brown snake (Pseudonaja textilis - chyba nie ma polskiej nazwy) jest "suche", bo wężowi szkoda marnować drogocennej toksyny na coś, co nie jest jego potencjalnym jedzeniem...
W każdym razie jeśli spotkam na swojej drodze tajpana albo inne przyjemne stworzenie, lepiej żeby był tam ktoś, kto szybko owinie moją kończynę elastycznym bandażem oraz wezwie pomoc. Na marginesie chyba jeszcze o tym nie pisałem, ale w ramach podstawowego wyposażenia mola uczelnia zakupiła mi GPSa a także SpotTracker, czyli lokalizator satelitarny. Wygląda to tak:

foto: strona producenta: http://au.findmespot.com/en/index.php?cid=100
i ma kilka guzików. Po wciśnięciu odpowiedniego na wskazany wcześniej numer telefonu/email wysyłana jest wiadomość z moją pozycją i informacją - "wszystko ok" albo "potrzebuję pomocy ale sytuacja nie zagraża życiu". Najfajniejszą opcją jest jednak przycisk ukryty pod klapką z napisem SOS - po jego wciśnięciu przylatuje po mnie śmigłowiec. Jest oczywiście jeden haczyk - jeśli użyję go bez uzasadnienia, to będę musiał zapłacić za akcję ratunkową, bagatela 30 tys dolarów. Jednak dobrze jest mieć świadomość, że w sytuacji kryzysowej ktoś przybędzie na ratunek po naciśnieciu przycisku. Jest to też jedyna możliwość żeby meldować się promotorom, bo na znakomitej większości powierzchni badawczych nie ma zasięgu żadnej sieci komórkowej.

A propos miejsc, gdzie będę prowadził badania - warto nieco więcej powiedzieć o lokalizacjach i kryteriach ich wyboru. Na początek więc może bardzo krótkie wyjaśnienie o czym właściwie jest mój doktorat. Tytuł brzmi:

The community ecology of threatened, critical-weight-range, terrestrial mammals in
response to wild canid and feral cat control.

W telegraficznym skrócie chodzi o to, że w ciągu ostatnich 200 lat 16 gatunków australijskich ssaków uznano za wymarłe - to połowa światowej liczby utraconych w tym czasie gatunków ssaków. Wśród tych wymarłych większość stanowiły takie o średnie wielkości - z przedziału 35-5500 g, co zauważono i sformułowano hipotezę o krytycznym zakresie masy zwierząt szczególnie podatnych na wymarcie (Burbidge and McKenzie 1989, zainteresowanym mogę podesłać pracę), w skrócie CWR. Dlaczego akurat taka wielkość? Ano dlatego, że wpadają one w zakres ofiar psów, lisów i kotów, ale również ze względu na zmiany klimatu, w tym wartości opadów, na które zwierzęta o tej wielkości są szczególnie wrażliwe. Odpowiedź nie jest jednoznacza a hipotezę próbowano wielokrotnie podważać, z różnym skutkiem. Faktem jednak pozostaje, że te "średniaki" zniknęły, a wiele innych zanotowało bardzo wyraźny spadek liczebności i zostało objętych różnymi programami ochrony.
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że mój doktorat jest częścią wielkiego projektu badawczego, Invasive Animals Cooperative Research Centre. To taka australijska koncepcja zintegrowanych programów badawczych prowadzonych przez różne uczelnie i instytucje prywatne. Program CRC jest nadzorowany przez rząd federalny i jego celem jest przepływ wiedzy i doświadczeń pomiędzy instytucjami jak również komercjalizacja wyników badań i partnerstwo publiczno-prywatne. Istotny jest również aspekt kształcenia młodych naukowców, stąd doktoraty, a więc między innymi mój przyjazd do Australii. Ale o tym innym razem, teraz trochę o mojej grupie badawczej. W ramach IA CRC moi promotorzy kierują grupą badawczą zajmującą się dzikimi psami, a szerzej inwazyjnymi drapieżnikami - czyli również lisami i kotami. W każdym razie w ramach grupy badawczej zajmujemy się tematem na 4 poziomach - drapieżniki, ofiary, rośliny i ludzie (po angielsku zgrabne 4P - Predator-Prey-Plant-People). Oprócz kilku osób pracujących w innych miejscach i badających społeczne i ekonomiczne aspekty, ludzie z mojego labu mają stricte ekologiczne podejście, więc wszyscy razem i każdy z osobna badamy wzajemne oddziaływania psów, kotów, lisów, niełazów, oposów, jamrajów, etc. W ramach tych badań, żeby sprawdzić czy psy albo lisy mają wpływ, musimy mieć możliwość porównania dwóch miejsc gdzie są i gdzie ich nie ma (albo jest ich wyraźnie mniej). Tutaj trzeba zaznaczyć, że Australia ma długą tradycję ogranczania liczebności drapieżników, głównie poprzez powszechne stosowanie trucizny 1080 - fluorooctanu sodu. Ten silnie trujący środek jest rozkładany w postaci zatrutych przynęt wzdłuż dróg, a czasami zrzucany z powietrza, często w absurdalnych ilościach. W połączeniu z namiętnie stawianymi płotami (w tym słynnym Dingo Fence) oraz polowaniami pozwala to, zazwyczaj czasowo, ograniczyć liczbę psów i lisów, a częściowo także kotów. O płotach i truciznach też napiszę więcej przy innej okazji. Większość z moich powierzchni badawczych zlokalizowana jest w obrębie lub w pobliżu 2 wielkich parków narodowych - Guy Fawkes River National Park oraz Oxley Wild Rivers National Park. Jeśli ktoś jeszcze nie sprawdzał na Google Maps, to warto rzucić okiem i zobaczyć w jak strategicznym miejscu mam szczęście mieszkać. Zielone to w większości parki narodowe i rezerwaty przyrody:


Dzięki współpracy z Parkami Narodowymi Nowej Południowej Walii, możemy korzystać z parkowych budynków, takich jak na przykład ten:

Chatka z zewnątrz. Nie ma oczywiście prądu, są ogniwa słoneczne na dachu do zasilania energooszczędnych świateł oraz ciepła woda z gazowego ogrzewacza

W środku przytulny kominek, w pełni wyposażona kuchnia oraz najbardziej australijska rzecz - barbecue




Poranna kawusia na tarasie...


...z widokiem na rodzinę kangurów


Parki narodowe w Australii mają nieco inny charakter niż w Polsce, mianowicie mogą powstać wyłącznie na terenie należącym do państwa. W związku z tym większość parków powstała, kiedy właściciele sprzedawali państwu swoje posiadłości, często dlatego, że hodowla bydła albo owiec przestawała być opłacalna. Dlatego też właściwie bez przerwy można natknąć się ślady obecności ludzi, takie na przykład jak ta pamiątka z czasów, kiedy dobry dingo to był martwy dingo.
Podobno w ten sposób właściciel tej ziemi pokazywał jak skutecznie tępi dzikie psy


Jak już może wspominałem, Australijczycy kochają płoty. W wielu miejscach buduje się więc płoty mające zatrzymywać psy w parku. Wynika to z faktu, że psy poza parkiem czasem sprawiają kłopoty, np. zjedzą komuś owcę. Choć tak po prawdzie nie wiadomo czy to dzikie psy, czy może puszczane nocą luzem psy sąsiadów... W każdym razie czasem taki płot daje szansę, że Parki nie będą pod presją hodowców owiec truć psów na terenie parku. A jeśli ktoś się zastanawia jak taki płot wygląda, to służę uprzejmie. Po lewej stronie park narodowy, po prawej olbrzymia hodowla merynosów.

Tak tak, on się ciągnie po horyzont...

I już zupełnie na koniec - podczas jednego z wyjazdów Fran pokazywała miejsce, gdzie kiedyś złapała się w pułapkę kolczatka. Jakąś minutę później patrzę za okno i zupełnie bezwiednie mówię "o, tu właśnie idzie kolczatka". I w ten oto sposób spotkałem pierwszego w moim życiu stekowca!







Tuesday, July 1, 2014

Co prawda nie dziobak, ale coraz bliżej

Wstyd się przyznać, że tak długo nie udało mi się dodać kolejnego wpisu, ale zamiast narzekać lepiej napiszę co słychać.

W Armidale jestem już zadomowiony, nawet się nie gubię jadąc z domu na uczelnię i z powrotem. W tak zwanym międzyczasie próbuję ogarnąć kilka rzeczy które sobie zaplanowałem na mój pobyt w Australii, a na które mogę nie mieć czasu jak zacznie się harówka. Jedną z nich jest prawo jazdy na motocykl. Ogólnie procedura robienia prawa jazdy jest tutaj bardzo przyjazna ludziom. Wygląda to w przypadku motocykla następująco: trzeba odbyć dwudniowy kurs z podstaw jady (2 x 3,5h) i zdać teoretyczny egzamin z przepisów, wtedy się dostaje prawo jazdy "L" na 12 miesięcy i można jeździć po ulicach. Jedyne ograniczenia to pojemność motocykla (660 ccm), prędkość do 90 km/h i zakaz wożenia pasażerów. Po roku trzeba odbyć kolejny kurs, zdać egzamin z jazdy i dostaje się tablice P1, po roku bez podpadnięcia P2 a potem po 2 latach pełne prawo jazdy. A jako że mam ponad 25 lat to mogę pominąć nawet P2. No więc poszedłem do urzędu i się dowiedziałem, że w sumie jak mam międzynarodowe prawo jazdy, to mogę dostać prawo jazdy z NSW bo uznają tutaj polskie prawko. Ale żeby to zrobić, muszę być w Australii nieprzerwanie przez 6 miesięcy. No i nie mogę dostać prawka L jeśli mam międzynarodowe prawko na samochód, muszę najpierw wyrobić to Australijskie. No ale to za 4 miesiące. Co innego, gdybym nie miał żadnego prawka, wtedy mógłbym dostać L od ręki. Na moją sugestię, że przecież oni nie mogą więdzieć że mam polskie prawko pani w okienku mi odpowiedziała że niby racja, ale przecież jej powiedziałem że mam...
No nic, po prostu poczekam 4 miesiące i przeniosę swoje prawko na to z NSW. Dodatkowa korzyść będzie taka, że będę miał australijski dokument torzsamości, bowiem tutaj jak w UK nie ma dowodów osobistych a do udowodnienia kim się jest trzeba mieć paszport albo prawo jazdy.

Z ciekawostek to moje pierwsze tygodnie na uczeli mijają pod znakiem niekończących sie kursów. Pierwszy był kurs Animal Ethics. To taka komórka na uczelni od której zależy, czy zrobię swój doktorat. Jak im się nie spodoba mój wniosek, to nici z finansowania moich badań. A jedną z gorszych przewin jest złożenie wniosku na złym formularzu. Tyle tylko, że wypełnienie wniosku trwa jakieś 2 tygodnie, a wnioski na stronie zmieniają się bez ostrzeżenia...
W ramach kursów dalej czeka mnie szkolenie z pierwszej pomocy, potem z jazdy quadem (mamy 2 quady zakupione z projektu na stałe na powierzchniach badawczych), następnie dwudniowy kurs z obsługi pilarki spalinowej, potem kurs jazdy terenowej samochodem... To chyba z grubsza wszystko. Na wszystko musi być papier!

W ramach pomocy moim kolegom i koleżankom z labu udało mi się wyrwać kilka razy w teren. Motywem przewodnim ciągle są fotopułapki. Rozstawiamy więc fotopułapki w najróżniejszych konfiguracjach, w tej chwili w terenie rejestruje 285 fotopułapek, przy czym co jakiś czas zmieniane są ich lokalizacje i ustawienia. Jednym z eksperymentów jest rozstawianie fotopułapek przed martwym kangurem żeby ustalić jak poszczególne gatunki znajdują i wykorzystują padlinę.



Oprócz tego w ramach łapania psów i kotów trzymałem w ręku swojego pierwszwego oposa! Na początku małym szokiem było dla mnie, że do łapania psów, kotów i lisów (a przy okazji również niezbyt mądrych oposów) używa się pułapek-potrzasków. Okazuje się jednak, że to jedyny sposób żeby w rozsądnym czasie złapać zwierzęta. Potrzaski są małe, nie mają "zębów" j
ak te z filmów tylko miękką krawędź a dodatkowo są zmodyfikowane tak, że nigdy nie zatrzaskują sie do końca żeby nie złamać zwierzęciu nogi. No i mój promotor twierdzi, że testował je najpierw na sobie...
Po wszczepieniu mikroczipa i rozmasowaniu łapki opos wrócił na swoje drzewo.


W ramach tej samej wycieczki jeszcze przepiękny pyton rombowy. Nie jest jadowity, ale ukąsić może, więc lepiej trzymać dystans.






A na koniec wycieczki jeszcze niełaz plamisty - w pułapce no i z obrożą gps. Chyba podobnie jak oposy niezbyt mądry.

Bardzo sprytna torba do obrabiania złapanych niełazów - zwężająca się z jednej strony, a na całej długości rzep. Jak chcemy niełazowi wszczepić mikroczip, to odpinamy rzep na karku. W ten sposób zwierzę nie zrobi sobie krzywdy a i nas nie ugryzie. 
Tu próbowałem zrobić zdjęcie wypuszczanemu niełazowi, ale aparat niestety jest zbyt wolny ;)
Na razie tyle, bo jutro z rana ruszam w teren i muszę już spać, ale niedługo wrzucę więcej zdjęć z mojej pracy w terenie!

Wednesday, May 14, 2014

Armidale

Miałem aktualizować bloga na bieżąco, ale tyle się działo, że zupełnie nie miałem do tego głowy. Spróbuję pomału nadrobić zaległości i na przyszłość być bardziej systematyczny.

Po ponad tygodniu spędzonym w Sydney udało mi się w końcu kupić samochód. Nie było łatwo, bo wymyśliłem sobie dosyć nietypowy model, ale w końcu znalazłem to, czego szukałem. Mitubishi Starwagon 4x4, jak to u nas mówią "w gazie". Samochód w Polsce niesprzedawalny - przebieg ponad 400 tys. km, ale biorąc pod uwagę odległości w Australii nikogo tutaj nie dziwi. Raczej dziwi, że tylko raz miał do tej pory wymieniany silnik. No i tutaj cofanie licznika jest poważnym przestępstwem, więc 20-letnie samochody z przebiegiem 170 tys się nie trafiają ;) Wymaga trochę pracy, ale na razie całkiem mi się podoba. 

Mój nowy samochód na postoju gdzieś pomiędzy Sydney i Armidale.

Oczywiście idea zakupu była głownie taka, żeby mieć mini-kampera. W środku siedzenia składają się tworząc w miarę płaską powierzchnię. W zestawie było trochę sprzętu kempingowego, poduchy, prześcieradło, namiot, krzesło i stolik, kuchenka, garnki...
Samochód kupiłem po południu w czwartek i od razu wrzuciłem do środka moje rzeczy i ruszyłem do Armidale. Było to dosyć ciekawe, bo musiałem przejechać przez całe Sydney (a podobno w są tu najgorsi kierowcy w całej Australii. Choć i tak uważam, że o wiele lepsi niż w Polsce. Wyjechałem dosyć późno, więc postanowiłem zaliczyć po drodze nocleg i przy okazji przetestować przydatność auta do tego celu. Z ciekawostek - Australijczycy poważnie podchodzą do tematu bezpieczeństwa na drogach. Mandaty za wykroczenia są bardzo surowe i bezwzględnie egzekwowane, jednak trzecią najczęstszą przyczyną wypadków (po przekraczaniu prędkości i jeździe pod wpływem alkoholu) jest zmęczenie. Dlatego wzdłuż głównych dróg co chwila widać tablicę ostrzegające, by nie ufać zmęczonemu sobie, a najrzadziej co kilka-kilkanaście km znajdują się miejsca do postoju, takie jak na zdjęciu powyżej, z łazienką, prysznicem daszkiem - wszystko za darmo. Nad ranem było tam oprócz mnie jeszcze kilka samochodów, więc rano przy kawce można uciąć sobie pogawędkę. Jakby tego było mało, przy skrzyżowaniach głównych tras często są punkty z darmową kawą i herbatą, prowadzone przez różne organizacje charytatywne zbierające "co łaska" na swoje cele. Ja piłem kawę u przemiłej starszej pary, która, dowiedziawszy się skąd jestem i że właśnie kupiłem samochód i jadę do Armidale ("mamy nadzieję, że masz dużo ciepłych ubrań!"), koniecznie chciała mi dać więcej herbatników na drogę.
Na miejsce dojechałem w piątek przed południem. Akurat był to wolny dzień - ANZAC Day (Australia and New Zeland Army Corps), może kiedyś napiszę co nieco na ten temat. Znalazłem adres Helen, mojej współ-studentki, która zaoferowała mi nocleg i wszedłem przez bramę do środka. Przywitał mnie starszy pan i oświadczył, że jest mężem Helen. Trochę skonsternowany (ale nie dając tego po sobie poznać) przywitałem się również z chłopakiem w moim wieku, który przedstawił się jako jej syn. Po chwili poznałem również i samą Helen. Jak się okazało, Helen i Warwick przeprowadzili się do Armidale z Tasmanii, wraz z całym swoim dobytkiem i 7 końmi, bo Helen postanowiła w końcu zrobić długo odkładany doktorat. Jak się potem okazało, Warwick jest końskim dentystą i jednocześnie synem pierwszego australijskiego złotego medalisty olimpijskiego w jeździectwie, o którym zresztą napisał książkę (!). Tutaj można znaleźć więcej szczegółów tej niesamowitej historii: http://warwickmorgan.com/.
Aby uczcić ANZAC Day, wybraliśmy się na tradycyjnego australijskiego grilla, tutaj nazywanego Barbie (albo jeszcze krócej BBQ). O miłości Australijczyków do zdrabniania też będę musiał kiedyś napisać... W każdym razie pojechaliśmy do pobliskiego parku narodowego Oxley Wild Rivers National Park, gdzie pod daszkami znaleźć można publiczne gazowe grille. Nie ukrywam, że był tu pewien kulturowy szok - po pierwsze były za darmo, po drugie nic nie było zniszczone a po trzecie każdy po skończonym grillowaniu zostawia po sobie czystego grilla żeby innym było miło. Do tego tasmańskie piwko, słoneczko, rozelle białolice latające dookoła - bajka!
Żeby się zbytnio nie rozpisywać - spędziłem u Helen i Warwicka 3 noce, w międzyczasie rozglądając się za swoim lokum. W sobotę zaprosiła mnie na kolację dziewczyna z couchsurfingu u której miałem pierwotnie spać zanim nie dostałem propozycji od koleżanki z labu. Okazało się, że Emily mieszka chwilowo sama, bo jej przyjaciele wyjechali do Brazylii i właściwie to szuka współlokatora, ale tylko pod warunkiem, że będzie to ktoś wyjątkowo fajny. No i tak się złożyło, że przypadkiem drugiego dnia po przyjeździe znalazłem dla siebie pokój. Dla formalności obejrzałem jeszcze 2 czy 3 pokoje w mieście, ale spuszczę zasłonę milczenia nad ich stanem. Chyba po prostu jestem trochę za stary na takie studenckie życie. 
To mój pokoik z widokiem na park za oknem.
I tak oto niezwykle gładko przeszedłem kolejny etap aklimatyzacji w Armidale. W poniedziałek udałem się się na uczelnię, gdzie ruszyłem z załatwianiem formalności dotyczących studiów. Na dzień dobry dostałem swoje biurko z telefonem oraz zostałem zapoznany z zasadami, które tu obowiązują.

Na razie strasznie puste...
Strasznie mi się ten nasz lab spodobał. Z jednej strony artystyczny nieład, z drugiej widać, że tu się ciężko pracuje. Wrzucam kilka zdjęć:


Biurko do ładowania baterii do fotopułapek. Na stanie jest ponad 250 fotopułapek i ok. 8000 szt. baterii :)

Jess (po lewej, bada interakcje pomiędzy domowymi psami a dingo) i Fran (biurko po prawej, bada kocie bladzie!)


Genialny plakat!


Biurko Trenta - bada niełazy wielkie (pułapki na niełazy wyglądają dosyć znajomo)

Obroże dla domowych psów do śledzenia ich ruchu i interakcji z dingo

Obroże GPS-VHF na niełazy

W sumie jeszcze zanim się trochę oswoiłem z moim nowym biureczkiem rzucili mnie w teren, ale o tym będzie następny wpis, mam nadzieję niedługo.

Tuesday, April 22, 2014

Sydney

Po dosyć długiej podróży wylądowałem w Sydney. Jako że miałem już wcześniej nagrany nocleg, chciałem złapać z lotniska pociąg (bilet 3,4$). Ale żeby nie było tak łatwo, to jeśli wsiadasz do pociągu na lotnisku, musisz dopłacić 12$ specjalnej opłaty lotniskowej. Trochę to dla mnie bez sensu, ale na szczęście internet podpowiedział rozwiązanie - wyjść z terminalu i przejść ok. 1,5 km do najbliższej stacji, gdzie dopłata już nie obowiązuje.

Moje tymczasowe lokum
Dziewczyna, u której miałem się zatrzymać, mieszka w Darlinghurst. Trochę zmylił mnie adres - był tylko numer domu, więc zastanawiałem się jak znajdę na miejscu jej mieszkanie. Tymczasem niespodzianka - Kelly mieszka w uroczym, małym domku na ulicy uroczych, małych domków.

Generalnie to było moje pierwsze wrażenie a temat Sydney - miasto nie przytłacza. W odróżnieniu od np. Warszawy nie ma się ciągłego wrażenia, że wszystko pasuje jak pięść do oka. Miasto łączy w sobie zabytkowe budynki (czyli wszystko, co ma więcej niż 100 lat) oraz nowoczesne, szklane wieżowce. A przy tym całkiem sporo różnego rodzaju parków i skwerów gdzie ludzie zajadają swoje take-away lunche w przerwie w pracy. W samym Sydney mieszka ok. 4,5 mln mieszkańców, ale spacerując po centrum miasta zupełnie nie ma się takiego wrażenia. Wynika to pewnie z faktu, że samo miasto jest rozlane na dosyć dużej przestrzeni i tym samym można sobie pozwolić na mniejszą gęstość zabudowy. A może po prostu tutejsi deweloperzy byli trochę mniej pazerni niż w Polsce i oprócz doraźnego zysku mieli na uwadze również jakość życia mieszkańców?

Tak wygląda zabudowa parę minut spacerem od słynnej opery
Jakakolwiek byłaby odpowiedź, kolejną rzeczą która rzuca się w oczy podczas zwiedzania miasta jest jego przyjazność. Jest mnóstwo przejść dla pieszych, dosłownie co 50-100 m i, co może się wydawać niewiarygodne, kierowcy zatrzymują się jeszcze zanim człowiek zdąży do niego dojść. Prowadziło to z początku do nieporozumień na linii kierowcy-ja, bo przyzwyczajony do tzw. polskiej szkoły jazdy (czytaj: kierowca zatrzymuje się dopiero, kiedy nie da się ominąć pieszego na pasach bez uderzenia w wózek z dzieckiem albo staruszkę) czekałem grzecznie aż przejadą samochody. Kierowcy natomiast czekali grzecznie, aż raczę wejść na pasy.


CBD czyli stare sąsiaduje z nowym

Harbour Bridge - szósty nadłuższy most łukowy na świecie

Ciekawostka - w ramach projektu odnowy centrum Sydney powstała dzielnica Central Park z być może najciekawszym nowoczesnym budynkiem w mieście - luksusowym apartamentowcem One Central Park. Budynek jest super-zrównoważony i przyjazny środowisku, z wiszącymi ogrodami, panelami fotowoltaicznymi oraz olbrzymią baterią przestawnych luster dostarczających światło do zielonego "skwerku" pomiędzy budynkami. Nawet jeśli to wszystko jest tylko dla picu, to i tak robi wrażenie! Nie mam żadnego dobrego zdjęcia, więc będą zapożyczone:

żródło: www.amagazine.com.au

żródło: www.itscrowtime.wordpress.com
żródło: www.selector.com

Generalnie moje zwiedzanie Sydney opiera się na bardzo prostym kluczu - interesują mnie jedynie te miejsca, gdzie wstęp jest darmowy. Dom, w którym mieszkam znajduje się w Darlinghurst, nieco hipsterskiej dzielnicy położonej na południowy wschód od wybrzeża, opery i centralne dzielnicy biznesowej (CBD). Jest to bardzo przyjemny, 20-minutowy spacer. Największym moim odkryciem w tej najbardziej turystycznej części miasta były ogrody botaniczne.


Czy ktoś widzi różnicę?

Paprociarnia


Kukabura chichotliwa (Dacelo novaeguineae) czyli największy zimorodek wcinająca jaszczurkę

Wszędzie kukabury!
Kakadu żółtoczuba (Cacatua galerita) - czyli jaki kraj, takie gołębie...

W rejonie Sydney trwa projekt badający migracje 2 pospolitych gatunków - kakadu i ibisa czarnopiórego. Fajna inicjatywa z dziedziny citizen science - można zgłaszać miejsca obserwacji ptaka z konkretnym znacznikiem m.in. przez specjalną aplikację na telefony. Więcej info:
https://www.rbgsyd.nsw.gov.au/welcome/royal_botanic_garden/gardens_and_domain/wildlife/Bird_research

W ogrodach dotychczas zanotowano 170 gatunków ptaków, z czego 70 jest lęgowych.




Z ogrodami bezpośrednio sąsiaduje wybrzeże z przystanią promów oraz słynnym gmachem opery. To oczywiście najbardziej rozpoznawalny symbol miasta. Jej budowę rozpoczęto w 1958 a formalnie oddano do użytku w 1973 roku. Jej projekt wyłoniono w wyniku międzynarodowego konkursu, który wygrał duński architekt Jørn Utzon. Wyjątkowo nowatorska jak na tamte czasy, również dzisiaj zachwyca, a w 2007 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.



Tak na marginesie przypomniało mi się, że w 2000 roku zorganizowano konkurs na projekt Świątyni Opatrzności. Prymas Glemp, który miał decydujący głos, wybrał projekt prof. Marka Budzyńskiego. Kościelnym władzom zabrakło jednak nieco odwagi, bo jak wiemy zamiast tego: 

projekt Świątyni Opatrzności Bożej prof. Marka Budzyńskiego, źródło: www.mbarch.pl

w Wilanowie w bólach powstaje neobizantyjska wyciskarka do cytrusów. W każdym razie gmach opery może się podobać albo nie, ale nie można odmówić mu oryginalności.

Jednak Sydney to nie tylko budynki - przede wszystkim jest to miasto położone nad oceanem z pięknymi plażami pełnymi ludzi. Najpopularniejsza z nich to oczywiście Bondi Beach - boondi w języku aborygenów oznacza dźwięk fal rozbijających się o skały. W weekend ciężko znaleźć miejsce na ręcznik - trochę jak Krynica Morska w lipcu, tylko więcej opalonych blond surferów i większe fale ;) Bondi jest tak popularne, zwłaszcza wśród turystów, że ma swoje własne reality show "Bondi Rescue" o trudnym życiu miejscowych ratowników którzy notorycznie muszą wyciągać z wody nieumiejących pływać azjatów.




Baseny które same napełniają się wodą w czasie przypływu - genialne!




Oczywiście na plaży musi być fish & chips - trzeba tylko uważać na mewy, bo kradną jedzenie
I już zupełnie na koniec tego pierwszego postu - przyjechałem do Australii w poszukiwaniu torbaczy. Pierwsze moje spotkanie to oposy biegające nocą po ulicy i ogródku, hałasujące na strychach i wpadające do śmietników. Dostałem jednak cynk, że można im się przyjrzeć z bliska nocą w Hyde Parku. I rzeczywiście, bliskie spotkania trzeciego stopnia - przed Państwem Common brushtail possum (Trichosurus vulpecula), po polsku z niewiadomych względów nazwany Pałanka kuzu (?!). Prawdopodobnie najpospolitszy torbacz Australii, z powodzeniem (niestety) introdukowany również na Nowej Zelandii. W sumie nawet dosyć to pocieszne :)